Campo di Fiori, a sprawa żydowska



              

Czesława Miłosza poznałem podczas studiów uniwersyteckich w Krakowie. Ja byłem młodym studentem, a on - promował właśnie książkę pt. Historia Literatury Polskiej. Co prawda została po raz pierwszy wydrukowana przez krakowskie wydawnictwo ZNAK, jeszcze gdy byłem uczniem liceum, ale kolejne wydanie ukazało się, gdy studiowałem już na Uniwersytecie Jagiellońskim. U Miłosza ujęło mnie to, w jaki sposób, bardzo konkretnie, a zarazem miękko potrafił opowiadać o trudnych relacjach międzynarodowych Polaków, zwłaszcza o kwestiach polsko-żydowskich. Swoimi przemyśleniami niósł w przyszłość przesłanie zarówno szacunku do ludności, która nie wyrasta z pnia staro-cerkiewno-słowiańskiego, jak też potrafił w sposób niezwykle trafny mówić o odrębności i tożsamości narodowej.

W Historii Literatury Polskiej zawarł swoje spojrzenie na proces kształtowania się polskiej kultury i dziedzictwa narodowego. Książkę tą pisał jednak w taki sposób, jakby własnym sercem chciał opowiadać o polskości obcokrajowcom - także Żydom. Pamiętam, że nam studentom, w maleńkiej sali na ulicy Gołębiej mówił, jak bardzo zależy mu na dobrym dialogu pomiędzy Polakami i Żydami. Chociaż wiem, że nie brakuje dzisiaj i takich, którzy Czesława Miłosza postrzegają jako antysemitę.

Wspominam też pewne spotkanie z Czesławem Miłoszem w Nowym Sączu, w dawnym budynku Małej Galerii, u Alicji Hebdy i Andrzeja Szarka. To był ciekawy czas. Mój bliski przyjaciel dużo wódki wtedy z Miłoszem wypił. A on sam z lekkością opowiadał o polskich poetach tworzących na emigracji. Pamiętam ten czas, jakby to było wczoraj.

Dla mnie geniusz Czesława Miłosza pozostał zawarty szczególnie w jego poezji. Z niezwykłą finezją potrafił łączyć wszystkie ważne dla mnie płaszczyzny semantyczne. To właśnie na cześć tego wielkiego polskiego noblisty, mojemu drugiemu synowi daliśmy wraz z żoną na imię Miłosz.

Jest taki wiersz - Campo di Fiori, w którym Czesław Miłosz opowiada o pięknie Rzymu, o upalnym, pachnącym egzotycznymi owocami klimacie południa Europy, w który wplótł tragiczny wątek oddającego życie za prawdę Giordana Bruna. Podobnie jak wtedy, gdy na stosie palono tego renesansowego filozofa, astronoma i obojętnie, z beztroską przechodzili obok tamtego dramatu płytcy rzymianie, tak samo obok palonych w getcie warszawskim Żydów przechodzili lekko i w zabawowym klimacie niektórzy warszawianie w 1943 roku.

Historia toczy się kołem. Nie dalej jak dwa tygodnie temu, z bezmyślnością i lekkomyślnością, obok słów Mateusza Morawieckiego przeszło wielu Polaków. A słowa były trudne, bolesne, chociaż wyzwalające prawdę z okowów niedomówień.

Szkoda, że Czesław Miłosz nie dożył czasów tej dyskusji. Potrafiłby trafnie spointować to co się wydarzyło w ostatnich dniach w międzynarodowej debacie publicznej. A słuchający go z uwagą ludzie unosiliby się w podziwie nad geniuszem tego niezwykłego noblisty, człowieka uzbrojonego w delikatne narzędzia wspierające dyplomację i polską rację stanu.

Żałuję, że Czesław Miłosz nie dożył tych czasów ...

Leszek Langer



              

leszek-langer


Powrót do bloga